Nie lubię tego typu snów.
A czasem się zdarzają. Tak jak i dziś...
Budzę się z płaczem, przerażony, pełen nadziei, że to był tylko sen i zaraz o nim zapomnę. Jednak po przebudzeniu nie jest wcale lepiej, bowiem zawsze powstaje pytanie: dlaczego w tych snach umiera ktoś, kogo w rzeczywistości nie znam?! Klęczę w nich trzymając w ramionach kogoś, kogo bardzo kocham, krzycząc i zanosząc się płaczem, czuję jak pęka mi serce... I to wydaje się być tak bardzo prawdziwe, tak bardzo smutne, tak niezwykle przerażające - tulę się do życia, które tak bezkompromisowo ulatuje. Budzę się i odetchnąwszy z ulgą zastanawiam się dlaczego mam takie sny i kto w nich jest?
Chyba zawsze uważałem, że sny są odbiciem rzeczywistości, procesem, w którym nasza fantazja "przerabia" to czym obecnie żyjemy. Dzisiejszy sen miał wiele wspólnego z aktualnymi wydarzeniami, choć oczywiście nie był bezpośrednim odzwierciedleniem rzeczywistości. Ale dręczy mnie to okrutnie..., i boli... Nienawidzę tych snów! Boję się, że naprawdę pęknie mi serce, gdy stracę kogoś kogo kocham ponad wszystko inne.
Przyjaciel Dół, bywa ze mną częściej niż żel do włosów...
Wiedziałem od dawna, że jestem podły, arogancki, egoistyczny i zły w każdym tego słowa znaczeniu. Zdawałem sobie sprawę z tego, że moje poczucie humoru jest żenujące i obraźliwe. Że mam problem ze swoim attitude (z ang. "podejście", "stosunek").
Dziś, ktoś kogo znam zaledwie kilka dni (nowy współpracownik), przyznał, że tak go wkurzyłem, że po miesiącu niepalenia papierosów musiał wrócić do nałogu. Problem tkwi jednak w tym, że powiedziałem, iż "wyrwę mu nogi z dupy jeśli urżnie sobie palucha" mając w intencji ochronę go przed niechybnym skaleczeniem, patrząc jak kroi chleb. Po kilku godzinach stwierdził, że nie powinienem tak zwracać się do osoby, którą dopiero co poznałem. Cóż... ma rację. Jakiekolwiek przyświecały mi intencje, nie każdy wie, że taki mam po prostu zryty beret... Przeprosiłem, wybaczył, ale ta sytuacja dała mi do myślenia.
Zraniłem całe mnóstwo osób swoimi bezmyślnymi uwagami, wypowiedzianymi na głos myślami. Wydawało mi się, że utrzymuję to w konwencji żartu, nie mając pojęcia, że nie każdy musi je zrozumieć tak jak ja. Stałem się równie głupim osłem jak ci, którzy ranili mnie w dzieciństwie... Dochodzę do wniosku, że w moim życiu brakuje wzorców do naśladowania. Zawsze zarzekałem się, by nie być jak ojciec, jak matka, jak znajomi, jak wrogowie, jak on, ona, oni. A jednocześnie starałem się dopasować do kogoś, przynależeć do jakiegokolwiek towarzystwa, by nie czuć ogłuszającej samotności.
I stałem się snobem.
Nie radzę sobie z tym. Nie wiem, czy moje pragnienie niesienia pomocy innym, współczucie dla tych, którym dzieje się źle, bezustanne stawianie się po każdej ze stron konfliktu, aby go załagodzić..., nie wiem czy to jest prawdziwe, czy tylko wymysł mojej wyobraźni, chęci, których nigdy nie mam zamiar wprowadzić w czyn. Mam wrażenie, że pragnienie bycia dobrym wynika tylko z jakiegoś chorego egoizmu, próby "przefarbowania się" w oczach innych. W moich oczach bowiem widać tylko zło...
Wiedziałem od dawna, że jestem podły, arogancki, egoistyczny i zły w każdym tego słowa znaczeniu. Zdawałem sobie sprawę z tego, że moje poczucie humoru jest żenujące i obraźliwe. Że mam problem ze swoim attitude (z ang. "podejście", "stosunek").
Dziś, ktoś kogo znam zaledwie kilka dni (nowy współpracownik), przyznał, że tak go wkurzyłem, że po miesiącu niepalenia papierosów musiał wrócić do nałogu. Problem tkwi jednak w tym, że powiedziałem, iż "wyrwę mu nogi z dupy jeśli urżnie sobie palucha" mając w intencji ochronę go przed niechybnym skaleczeniem, patrząc jak kroi chleb. Po kilku godzinach stwierdził, że nie powinienem tak zwracać się do osoby, którą dopiero co poznałem. Cóż... ma rację. Jakiekolwiek przyświecały mi intencje, nie każdy wie, że taki mam po prostu zryty beret... Przeprosiłem, wybaczył, ale ta sytuacja dała mi do myślenia.
Zraniłem całe mnóstwo osób swoimi bezmyślnymi uwagami, wypowiedzianymi na głos myślami. Wydawało mi się, że utrzymuję to w konwencji żartu, nie mając pojęcia, że nie każdy musi je zrozumieć tak jak ja. Stałem się równie głupim osłem jak ci, którzy ranili mnie w dzieciństwie... Dochodzę do wniosku, że w moim życiu brakuje wzorców do naśladowania. Zawsze zarzekałem się, by nie być jak ojciec, jak matka, jak znajomi, jak wrogowie, jak on, ona, oni. A jednocześnie starałem się dopasować do kogoś, przynależeć do jakiegokolwiek towarzystwa, by nie czuć ogłuszającej samotności.
I stałem się snobem.
Nie radzę sobie z tym. Nie wiem, czy moje pragnienie niesienia pomocy innym, współczucie dla tych, którym dzieje się źle, bezustanne stawianie się po każdej ze stron konfliktu, aby go załagodzić..., nie wiem czy to jest prawdziwe, czy tylko wymysł mojej wyobraźni, chęci, których nigdy nie mam zamiar wprowadzić w czyn. Mam wrażenie, że pragnienie bycia dobrym wynika tylko z jakiegoś chorego egoizmu, próby "przefarbowania się" w oczach innych. W moich oczach bowiem widać tylko zło...
