Mówi się, że od przybytku głowa nie boli. Zaraz, sprawdzę na google co to jest "przybytek"... (za słownikiem jęz.polskiego przybytek to "przyrost czegoś"). A mnie właśnie boli głowa od tego przybytku.
Posiadanie CZEGOŚ w nadmiarze przeważnie jest uciążliwe, a jeśli chodzi o KOGOŚ to już totalna masakra. Człowiek przeważnie marudzi, że ma za wszystkiego za mało. Za mało pieniędzy, za mało wiedzy, za mało seksu. A ja jak zwykle na przekór - mam za dużo. Za dużo seksu, za dużo kasy, za dużo pracy, za dużo soli w zupie i włosów na nogach (brrr...). Jakby tego było za mało - teraz mam za dużo miłości... No nazwijmy umownie to miłością, bo są to uczucia, które pod tą kategorię można podciągnąć. Nie, absolutnie nie narzekam, bo nawet do piekła by mnie nie wpuścili, gdybym jeszcze z tego powodu marudził. Problem jak zwykle tkwi z detalach. Miłość albowiem pochodzi od osób (czasem zwierząt) żywych, mających serce, rozum, uczucia. Co zrobić, gdy każda z nich rości sobie prawo do absolutnej wzajemności i nie podoba się jej dzielenie uczuć z osobami trzecimi?
Każda żywa istota ma niezbywalne prawo do miłości, do kochania z wzajemnością. Obecny styl życia ludzi zezwala prawo to łamać. Miłość czyjąś odrzucamy, łamiemy serca, ranimy, odbieramy wrażliwość i wiarę. Okropne, nieprawdaż? Ale tak właśnie się dziś na świecie dzieje. Zawsze się działo.
Potrafimy użalać się nad sobą, gdy ktoś nas porzuci, ale czy ktoś się zastanawia nad uczuciami osoby, której miłości do siebie wzbraniamy? Przykład: podchodzi do ciebie niegrzeszące urodą dziewczę tudzież nieszczególnie urodziwy chłopina, względnie osóbka z małym polotem inteligencji. Co robisz, gdy nie spełnia wykreowanych przez ciebie kryteriów piękności czy też mądrości? Mówisz: "spadaj na drzewo gorylu!", "sorry, mam mleko na gazie, dzieci płaczą, pies na deszczu moknie, muszę lecieć...", albo z liścia w gębę. A zastanawiasz się, nad ich uczuciami, jak być może obłędnie są w tobie zakochani, jak marzą o tobie w każdej sekundzie ich życia, jak bardzo pragną być przez ciebie kochani, albo przynajmniej akceptowani?
Tak często myślimy tylko o sobie... Nie ma się co dziwić. Myślenie tylko o innych też do niczego dobrego nie prowadzi... (ot, przypomniała mi się Wiolka Villaska i jej 1001 nie-dalmatyńczyków), ale podejrzewam, że daje większy spokój ducha i poczucie, że robimy w końcu coś dobrego, dla innych, dla siebie, dla świata. Nie musimy przecież od razu się hajtać z brzydulą. Istnieją przecież alternatywy :)
I chciałbym takie właśnie alternatywy odkryć. Bo o ile ja mogę sobie miłością do każdego promieniować, o tyle nie na każdego taka emisja może działać pozytywnie...
Idę spać, bo straciłem wątek.
